Opis książki "Historie małżeńskie"

Strindberg A

księgarnia internetowa,księgarnia wysyłkowa,książki w internecie pedagogiczne,literatura piękna współczesna naukowa obcojęzyczna,podręczniki szkolne akademickie,sprzedaż wysyłkowa,dystrybucja książek,czasopisma zagraniczne,księgarnia lingwistyczna akademi

księgarnia internetowaStrindberg A.: Historie małżeńskie. - (tłum. z jęz. niem. Roszkowski J.B.).

Warszawa - Wydawnictwo J. Santorski, 2006 r. - 352 s. - opr. brosz. To opowieści o tych, którzy na swoje "szczęście", a zazwyczaj zgubę, zawarli związek małżeński. O wszechpotężnych siłach, jakie wpływają na związek, zdających się mieć więcej wspólnego z wyrachowaniem, niźli z miłością. O tym, jak normy społeczne tłumią pożądanie, a ekonomia przeważa nad uczuciami. O byciu bezwolną i naiwną ofiarą, która tylko czeka, jak baran, aż partner albo społeczeństwo dokona egzekucji. O miotaniu się w ciasnym gorsecie społecznych norm, które uniemożliwiają normalną egzystencję. O kobietach, które nie mogąc wybrać do zapylenia jajeczka "księcia", wybierają "pierwszego lepszego", czyniąc to jednak z najwyższą starannością, tak, by ten, którego wybrały, zapewnił im jak najprzyjemniejsze i najwygodniejsze życie. O mężczyznach zaprogramowanych do usługiwania "wybrankom swego serca", czyli zaprzęgniętych do niewolniczej pracy, którym przyjdzie spędzić w tym kieracie całe życie. A także o religii służącej do odwracania uwagi od ciała i przyjemności; Bogu, którego imienia wzywa się, by krępować wszystko co zdrowe i normalne, a także wzbudzać strach; wreszcie emancypacji, która zamiast równości, przynosi, jak w wulgarnym komunizmie, ledwie zrównanie, w ostatecznej konsekwencji także płci.


Mowa obrończa szaleńca


Była wiosna 1875 roku, kiedy dwudziestosześcioletni August Strindberg, skromny pracownik Biblioteki Królewskiej i początkujący dramaturg (autor głośnego już wtedy „Mistrza Olofa"), poznał dystyngowaną baronową Siri von Essen. Od tego czasu, miast spędzać czas ze sztokholmskimi artystami w „Czerwonym Pokoju" restauracji Bernsa (uwiecznionym później w powieści pod tym samym tytułem), spotykał się z młodą arystokratką i jej mężem. Po dwóch latach spotkań Siri porzuciła męża, zostając żoną i matką dzieci utalentowanego pisarza.

Bartosz Staszczyszyn / 2006-08-02

 

 

Ów biograficzny fakt jak żaden inny zaważył na karierze Strindberga, jego poglądach, filozofii i zdrowiu psychicznym. Małżeńskie lata nie były dla niego okresem najszczęśliwszym, a ich karykaturalny obraz zawarł w kilku kolejnych utworach, na czele z „Historiami małżeńskimi" i sławną „Spowiedzią szaleńca".

Podzielone na dwie części „Historie małżeńskie" ukazały się oddzielnie, pierwsza w 1884, druga w 1886 roku. Kiedy 27 września 1884 r. pierwsza z nich trafiła na półki sztokholmskich księgarń, wywołała obyczajowy skandal i burzę w środowisku ówczesnej bohemy. Strindberg, zagorzały mizogin, z pasją łajał kobiece przywary, z wielką siłą uderzał w środowiska emancypantek.

W niespełna miesiąc po premierze „Historii..." ich autor trafił przed sąd. Pretekstem do oskarżenia i konfiskaty książki nie były jednak antypostępowe poglądy Strindberga, a religijne bluźnierstwo, którego dopatrzono się w pierwszym z opowiadań tomu – „Nagrodzie za cnotę". Dla Strindberga „Historie..." były bowiem polem wszechstronnej polemiki. Z jednej strony korespondowały z poglądami „postępowych" środowisk, które w latach osiemdziesiątych XIX wieku lobbowały na rzecz ustawy o „prawie posiadania kobiety zamężnej", pozwalającej małżonce na zachowanie majątku wniesionego do małżeństwa, z drugiej zaś były „pieśnią bojową mającą dać odpór »prorokowi i bożyszczu sawantek, sprawcy obłędu emancypacyjnego«, Ibsenowi" – jak pisze w posłowiu Janusz B. Roszkowski.

Fabuła wszystkich trzydziestu „Historii..." wygląda niemal identycznie: zdolny i pracowity mężczyzna, wzorowy przedstawiciel klasy średniej, w wyniku „chwilowej niepoczytalności" decyduje się poślubić niewiastę. Młody żonkoś szybko przekonuje się, że ta decyzja była błędem, a jego życie staje się koszmarem... Małżeństwo widziane oczami Strindberga jest instytucją opartą na chorych fundamentach. „Gdybym nie był twoim mężem, nie byłbym zazdrosny – mówi bohater jednej z opowieści. – Cieszyłbym się z twego powodzenia, ale ono mnie unicestwia. Małżeństwo jest ludożerstwem. (...) spełnia ono tę samą rolę co monarchia. Monarchia może utrzymać się jedynie dzięki jedynowładztwu". Jednak monarchiczne rządy mężczyzny zostały zachwiane, kobieta jednoznacznie domaga się praw, walczy o nie, najczęściej zniewalając wybranka. Zakochany mężczyzna z jedynowładcy stał się niewolnikiem, wszak „ten, kto kocha, zawsze jest niewolnikiem".

To właśnie w „Historiach..." antyfeminizm Strindberga osiąga apogeum. Autor „Panny Julii" nawet nie stara się maskować swego mizoginizmu – jego opowiadania pełne są jednoznacznie negatywnych ocen postępków płci pięknej. Strindbergowska kobieta jest z natury leniwa i gnuśna, sama skazuje się na bycie obywatelem drugiej kategorii. Jest też nazbyt wymagająca. Z pasją tropi Strindberg kobiece niegodziwości – małostkowość, głupotę, nieuczciwość, a przy tym realistycznie ukazuje powstawanie małżeńskich konfliktów, w których za każdym razem to mężczyzna staje się ofiarą swej ukochanej.

I choć ten gorączkowy atak na płeć przeciwną nie znajdzie dziś zapewne obrońców ani zwolenników, argumentom Strindberga nie sposób czasem odmówić trafności. Dostrzegały to również niektóre współczesne mu kobiety. Victoria Benedictsson pisała w liście: „Może on być jednostronny, temu nie przeczę, ale to, co mówi, to wielka, zdrowa prawda. (...) Małżeństwo jest niesprawiedliwe wobec mężczyzny w takich związkach zawieranych przez przedstawicieli klas średnich, gdzie kobieta jest zbyt dystyngowana, by pracować; to tam mężczyzna jest niewolnikiem". Jej słowa potwierdzają, że w Strindbergowskim szaleństwie była – kontrowersyjna wprawdzie – metoda.

Warto więc pokonać światopoglądowe opory – wszak „Historie..." to często świetna literatura, nie tylko publicystyka, ale też zabawa słowem, zbiór celnych obserwacji i dobra stylistyczna robota. Te miniatury niejednokrotnie zaskakują pięknem metafor i rozbudowaną ornamentyką. Strindberg zabawia się konwencjami literackimi, przez co jego „paszkwile" są także ironiczną grą z czytelnikiem. Czasem aż trudno uwierzyć, że pierwsza część „Historii...", na którą składa się 12 opowiadań, powstała w zaledwie trzydzieści dni. Pośpiech i stylistyczne niedopracowanie charakteryzuje natomiast opowieści z tomu drugiego. Sam autor przyznawał po ich wydrukowaniu, że powstały z potrzeby uczestnictwa w publicystycznym sporze, były wyrazem sprzeciwu wobec „inteligencji z epoki brązu, ludzkich małp i półmałp", czyli emancypantek próbujących „zawłaszczać sobie prawa, bez obowiązków, oczywiście!".

W swych miniaturach Strindberg uderzał nie tylko w środowiska kobiece, ale też w całą obyczajowość mieszczańską. Krytyce poddawał fałszywą, bigoteryjną mentalność protestancką oraz instytucje społeczne takie jak szkoła, Kościół, „środowisko". We wspomnianej już „Nagrodzie za cnotę" kpił z konfirmacji, wskazując, że dla przystępujących do tego sakramentu młodzieńców był on jedynie sposobem na uzyskanie pracy u głęboko wierzących ziemian. W tym samym opowiadaniu pisał: „Jakże nędzną maskaradą była szkoła! Żaden z młodzianów nie wierzył w błogosławieństwo mogące wyniknąć z wyliczania znienawidzonych królów, uczenia się martwych języków, dowodzenia aksjomatów, definiowania rzeczy oczywistych, liczenia pylników u roślin i stawów na tylnych odnóżach insektów, by w końcu nie wiedzieć więcej ponad to, że zowią się po łacinie tak a tak". Stąd oburzenie, z jakim przyjęto „Historie...": atak na wartości mieszczańskie poczytywany był z jednej strony za objaw szaleństwa, z drugiej jako świadectwo moralnego upadku, degrengolady „dobrze zapowiadającego się" autora.

W wydanej niedawno po polsku pracy „Strindberg i Van Gogh. Próba analizy patograficznej..." Karl Jaspers analizował przypadek Strindberga jako schizofrenika. Mimo że książka Jaspersa od dawna cieszy się statusem kanonicznej, spory na temat zdrowia psychicznego autora „Panny Julii" trwają po dziś dzień. Lektura „Historii małżeńskich" skłania ku przyjęciu teorii Jaspersa, pokazuje, że mizoginizm Strindberga niewiele miał wspólnego ze zdrową postawą filozoficzną. Zajadłość i furia, z jaką pisarz atakuje swych ideowych przeciwników, godna jest lepszej sprawy. Nie stoi to jednak w sprzeczności z uznaniem dla jego talentu. „Historie małżeńskie" zawierają wiele pysznych literackich miniatur. A kiedy przyjrzymy się im bez emocji, obok banalnych i zbyt retorycznych filipik dostrzeżemy także zaskakująco celne uwagi, które przez z górą sto dwadzieścia lat zachowały aktualność.

August Strindberg, „Historie małżeńskie", przekład i opracowanie Janusz B. Roszkowski, Warszawa 2006, Jacek Santorski &Co Agencja Wydawnicza, seria „Literatura Skandynawska".

http://tygodnik.onet.pl/1563,12170,1350670,2,tematy.html

"Historie małżeńskie" to zbiór dwóch tomów opowiadań Strindberga, które napisane i wydane były pod koniec XIX wieku (tom I - 1884, tom II - 1886). Można uznać je za pierwsze wybitne dzieło skandynawskiego modernizmu. Pierwsze i... ostatnie.

Naturalnie zarówno Strindberg jak i inni Skandynawowie pisali kolejne dzieła, których wielkość przewyższała nawet "Historie małżeńskie", niemniej losy omawianych tu opowiadań jasno stawiały sprawę: obyczajność, lub przymusowa emigracja. Jeśli więc spojrzymy na najbardziej znane nazwiska artystów Szwecji, Danii i Norwegii tamtych czasów, jak Strindberg właśnie, Hansson, Munch czy nawet Ibsen, a wśród kobiet choćby znana doskonale w Polsce Dagny Juel (zawsze pozostająca w cieniu swojego męża - Stanisława Przybyszewskiego), to zobaczymy, że cechuje ich tworzenie na obczyźnie (głównie w Niemczech) a nie - w Skandynawii. Wynika to stąd, że społeczeństwo skandynawskie nie było gotowe na modernistyczną rewolucję - jeśli nie kulturową, to z pewnością obyczajową. Pierwszy Strindberg odczuł tę niegotowość, gdy z powodu obrazoburczej wymowy jednego z opowiadań zawartych w pierwszym tomie "Historii małżeńskich" (polski tytuł: "Nagroda za cnotę") stanął przed obliczem wymiaru sprawiedliwości.

Dziś, po 120 latach, "Historie małżeńskie" trafiły wreszcie na polski rynek. Nie szokują już tak, jak ponad wiek temu, a jednak jest w tym zbiorze ciągle coś, co drażni pewne środowiska. Kiedyś – emancypantki, a dziś feministki, z pewnością nie zniosą słów Strindberga.

Osią napędzającą historie małżeńskie jest krytyka. W różny sposób kolejne opowiadania krytykują religijność, materializm, prawo, zachowania społeczeństwa i tym podobne. Krytyka ta - jak wskazuje tytuł - osadzona jest  w realiach małżeństwa, zwykle młodego, bo tam najłatwiej ukazać dysonans między tym, co jest, a tym, co miało być. Jednocześnie następuje całościowy, krytyczny osąd instytucji małżeństwa.

Dla Strindberga małżeństwo nie opiera się na równości czy partnerstwie. Jest on przekonany, iż to wymysł kobiet pragnących zapewnić sobie utrzymanie. Na małżeństwie zawsze traci mężczyzna. W kolejnych historiach ze zbioru, małżeństwo doprowadza do upadku męża. Raz jest to upadek na zdrowiu - w wyniku przepracowania lub psychicznego znęcania się żony, raz upadek intelektualny, kiedy wyższe aspiracje odsunięte zostają na wieczne "później" z powodu swej chwilowej niepraktyczności, również towarzysko zdarza się upaść mężowi, lecz nade wszystko - upada finansowo, bo żona zawsze doprowadza go do ruiny.

Strindberga można uznać za doświadczonego męża, gdy wspomnimy, iż miał trzy żony, a z żadną nie był szczęśliwy. I choć "Historie małżeńskie" powstały podczas jego pierwszego małżeństwa, to już widać w nich zalążek tego, co później będzie udziałem autora, a co opisze w swych autobiografizujących powieściach "Spowiedź szaleńca" i "Inferno". W wielu miejscach "Historii małżeńskich" można wskazać zbieżności z wymienionymi książkami.

W swych obserwacjach i zajmowanych stanowiskach autor opowiadań nie jest osamotniony. Choć wywodzący się z pozytywizmu ruch emancypacji kobiet jest na przełomie XIX i XX wieku wciąż bardzo silny, to powstają wreszcie głosy sprzeciwu, a przynajmniej polemiki. Odniesienia do nich przybierają w książce bezpośredni charakter lub ukryte są w postaci kryptocytatów i aluzji. Bo każdy, komu nieobca jest twórczość Fryderyka Nietzschego, uzna fragment "Żywiciela rodziny": "Czy jesteś aż tak głęboka, moja droga, że ja, człowiek dość inteligentny, nie potrafię ciebie zrozumieć? Czy nigdy nie założyłaś sobie takiej możliwości, iż to twoja płytkość sprawia, że mnie nie rozumiesz?" (s. 328) za dziwnie znajomy.

W "Historiach małżeńskich" Strindberg jawi się nie tylko jako przeciwnik feministycznych zapędów kobiet, czy XIX-wiecznej mody na socjalizm, ale również jako doskonały pisarz. Sposób narracji utrzymuje mistrzowski poziom - a przy tym jest zmienny, odrębny dla każdego opowiadania. W "Miłości i zbożu" na przykład, zabieganie i niefrasobliwość młodej pary urządzającej swe mieszkanie, zostały oddane poprzez konstrukcję zdań krótkich i pojedynczych. Innym razem narracja przybiera formę ulicznych komentarzy, które nakreślają fabułę. Tego typu zmiany urozmaicają zbiór i nie pozwalają czytelnikowi znudzić się z powodu przyjętej formy opowiadania.

Polskie wydanie, w tłumaczeniu i opracowaniu Janusza Roszkowskiego, opatrzone jest wieloma rozbudowanymi przypisami, co pozwala zrozumieć motywy wynikające z kontekstu znanego powszechnie tylko czytelnikom końca XIX wieku. Sama translacja jest na stosunkowo dobrym poziomie, jednak zdarzają się neologizmy, które w tamtych czasach z pewnością nie były w użyciu ("fajnie"), uderzające szczególnie w kontraście z formami przestarzałymi. Zdarzają się też małe pomyłki tłumacza (np. "złe zalety") jednak ich częstotliwość nie obniża przyjemności czytania.

"Historie małżeńskie" w dużym stopniu straciły już na aktualności. Większość postulatów wysuwanych przez XIX-wieczne emancypantki została dawno spełniona. Pojawiły się nowe, dalej idące, za którymi stoją feministki. Opór Strindberga przeciw wybiórczości równouprawnienia można równie dobrze odnieść do współczesności. Nie dziwi przeto, że odbiór "Historii małżeńskich" oraz późniejszych dzieł Strindberga we współczesnej feministycznej krytyce literackiej jest taki a nie inny. Głupotą jednak są (szczególnie na tle "Historii małżeńskich") pomysły uznania Strindberga za homoseksualistę. Nie każdy przeciwnik feministek jest homoseksualistą!

Krzysztof Grudnik

http://www.granice.pl/?id=5&id3=266



Darmowy hosting zapewnia PRV.pl : parterrecords, zaczkowski, pamelland, hara, goldizdjecia
Dziel sie multimediami na Patrz.pl